OPINIE: „UTM (…) TO PRZEDE WSZYSTKIM LUDZIE. I PEWNE WARTOŚCI”

O Ultra-Trail® Małopolska pisze Karolina Wierzbińska – redaktor naczelna WP Kobieta i WP Turystyka, uczestniczka Ultra-Trail® Małopolska 2017

Wrzesień 2014, Tatry Zachodnie, wracam z podróżnikiem Kubą Czajkowskim do schroniska na Ornaku, zmęczeni, ubłoceni z pakunkami na zesztywniałych plecach. Kuba rzuca nagle – „pobiegnijmy, będzie szybciej”. Uznałam to wówczas za oznakę mikro szaleństw i niedoboru tlenu – no bo jak to na Boga po górach się chodzi, nie biega. Propozycję przyjęłam, pognałam za nim, a chwilę później wystartowałam w swoim pierwszym biegu. Tak się zaczął jeden z najważniejszych rozdziałów w moim życiu zatytułowany – „Jadę. W góry. Biegać”.

Jestem niesystematyczna w treningach, więc nie mam dobrych czasów. Mam jednak dobrą kondycję i prę czasem w zaparte w swoim tempie i jakoś zawsze (lub prawie zawsze) dobiegam na metę. Wyniki sprawdzam od końca, łatwiej mi się znaleźć. Szanuję i kibicuję wszystkim na starcie, podziwiam najlepszych, którzy unoszą się kilkanaście centymetrów nad ziemią, nad kamieniami przeskakują jak kozice, mkną tak, że liście furkoczą. No czad! Uwielbiam tę zabawę, bo czuję się znowu jak dziecko, skacze mi ciśnienie, kiedy widzę długi zbieg, bo wyłączam hamulce i prę jakby świata nie było, jestem tu i teraz.

Środowisko biegowe to jednak przemysł, coraz bardziej komercyjny. Na uczestnikach się zarabia coraz lepsze pieniądze, a walka o terminy dostępnych zawodów jest coraz bardziej zacięta. Są sponsorzy, bogate pakiety, foldery reklamowe, zniżki, deale, follow upy. Po biegach nasze (mój też!) profile na FB eksplodują od pięknych zdjęć, screenów z wynikami i lajków, które nawzajem sobie dajemy.

Na horyzoncie tych branżowych zawodów są jednak wyjątki i Ultra-Trail® Małopolska to mój rodzynek.

Paweł Derlatka, łysy, uśmiechnięty gościu, którego poznałam na biegach w Szczawnicy w kwietniu tego roku. Rzucił wówczas nad stołem przy kawie, że zaprasza na swój bieg pod Krakowem, że jego zawody są inne, że chodzi o coś więcej, że jakiś Szczebel, że będzie trudno, bardzo trudno i że tam się ćwiczy prawdziwe podbiegi.
Poczytałam, popytałam, porozmawiałam ze swoimi łydkami i tak w połowie maja 2017 stanęłam na starcie 48km (w tym roku było 5 biegów i obejmowały dystanse: 170km, 107km, 64km, 48km i 10km). Relacjonować go szczegółowo nie będę, są lepsi ode mnie w pisaniu o deliberacjach i składnikach przyjętych żeli. Mogę Wam opowiedzieć, że ta część Beskidu jest piękna, a Gorczański Park Narodowy to miejsce, do którego warto wrócić. Wyspowy to zazwyczaj całkiem delikatne wzniesienia zatopione w gęstych lasach. Rzut beretem od Krakowa, 30 minut samochodem i już można sznurować buty. Start i meta tamtej edycji to Schronisko na Kudłaczach z szefową złości i zgryźliwości, która parę razy poszturchała mnie miotłą. Kocham Panią, Pani zła! Startowałam w dwóch biegach, w sobotę na 48km, a w niedzielę w memoriale Bartka Czajkowskiego – fizjoterapeuty, oddanego lekarza i wreszcie, biegacza.

Szczebel to najgorsze wzniesienie świata, które później śniło mi się po nocach. Miałam łzy w oczach w połowie drogi na szczyt, do dzisiaj nerwowo się chichram, jak opowiadam znajomym o doświadczeniach granicznych w swoim życiu. Mała lafirynda ten Szczebel, wyzwanie jakich mało, warto go doświadczyć. Ale UTM to nie tylko Szczebel i las, to przede wszystkim ludzie, którzy ten bieg organizują. I pewne wartości, które idą za tą inicjatywą. Wolontariusze z Monaru, którzy podają Ci jedzenie, dbają o Twoje bezpieczeństwo, bo się im chce i oni już wiedzą, gdzie jest prawdziwa walka. Na mecie nie uświadczysz mięsa, bo organizatorzy wierzą, że człowiek może sobie pewne rzeczy podarować, by żyć z naturą fair i uczciwie. Pohamuj się tak, by nie krzywdzić. Pędź tam, gdzie nie zrobisz nikomu krzywdy. Na starcie i mecie jest miejsce nie tylko dla wyżyłowanych biegaczy, ale i przyjaciół i rodzin bijących brawa dla każdego, kto na miarę swoich możliwości stara się i prze do mety. Jest rodzinnie, jest radośnie no i trudno – kto biegł ten wie, ile razy przeklinał Derlatkę za Szczebel.

UTM przypomina trochę, po co się w ogóle biega.

Dla natury, dla przyjemności, dla czasu, który spędzisz z przyjaciółmi i rodziną. Weź wyluzuj, wyłącz to gadające Endomondo, zdejmij słuchawki z uszu i rozejrzyj się na trasie, bo jest pięknie. Nie startuj dla wypasionego pakietu, nie biegnij dla drogich prezentów, które można wygrać w losowaniu na ostatnim dniu zawodów. Ścigaj się jak masz to we krwi, suń radośnie, jak nie masz dobrej kondycji ale czujesz tę zabawę. I przestań się martwić o pierdoły. Jak Ci znikną buty, to ktoś Ci je pożyczy. Jak zmarzniesz, to ktoś Cię przykryje kocem, jak jesteś głodny to dostaniesz dodatkowego ziemniaczka. To taki ultra wysiłek z przyjaciółmi, tylko potem masz śliczne (dziękuję!) zdjęcia z trasy i dobrze Cię nakarmią wegetariańskim am am.
Zimą wybieram się na drugą edycję, drga mi powieka na myśl o Szczeblu w śniegu, umawiam się z ludźmi, których poznałam w maju (cześć Asia Tereszkiewicz, Tomek Niemiec) i już nie mogę się doczekać.