Biegiour vision

Głowa do ultra biegania – głowa do życia!

Ultra biegania

Bieganie ultra jest nieprzewidywalne –  jak życie. Wszystko zmienia się z minuty na minutę. Dokładne planowanie niestety nie zawsze się sprawdza.

Często zdarza się, że przepracujemy solidnie okres przygotowawczy, jesteśmy świadomi swoich możliwości, z respektem podchodzimy do trasy, gór, pogody i nadstawiamy mocno uszu, żeby słyszeć potrzeby organizmu. Wyobrażamy sobie dzień startu, sam przebieg zawodów, planujemy jedzenie i picie na trasie. Zabieramy ze sobą dużo rzeczy na wszelki wypadek, pamiętając o błędach własnych i cudzych. A gdy w końcu stajemy na linii startu i adrenalina osiąga poziom gigant, wiemy jedno: za chwilę, tam na trasie, przez długi czas będziemy zdani na siebie – tylko na swoje towarzystwo i własne myśli.

Głowa – to tu tkwi siła i to z niej pochodzą rozkazy dla organizmu, by dać z siebie wszystko a nawet jeszcze więcej.

Po przebytym dystansie, coś boli – to kolano, to ciągnie Achilles, to paznokieć postanowił już nie wędrować dalej razem z resztą ciała. Są trzy nowe bąble i zaatakowało mózgostopie! Do mety hmmm… jeszcze ładnych parę godzin a właśnie zanosi się na burzę. Pewnie będzie ciskało gromami na grani. I jak głowa ma sobie poradzić z wszystkimi myślami, które po niej krążą i wytyczają drogę tylko w jednym kierunku? Myślisz: daj sobie spokój, za rok też będzie ten bieg, pewnie fajniejsza pogoda, wyleczysz Achillesa i zmienisz też cholerne buty. Lepiej się przygotujesz, zaoszczędzisz pieniądze i zainwestujesz może w suplementy. Aż tu nagle, głowa skłonna do wysłania Cię przed chwilą do spania, daje impuls: ni cholerę, lecę dalej, 80 kilometrów za mną, jeszcze tylko 40 i będę sobie siedział – bo ze staniem może być już problem, pił piwo a kiedyś opowiadał wnukom, co wyprawiał ich dziadek. Lecisz dalej, ale w biegu jak w życiu – zawsze jakaś kłoda pod nogi się znajdzie. Boli już wszystko, energii brakuje nawet na to, aby rozejrzeć się dookoła i pomyśleć jak jest pięknie. Myślisz: dolecę do punktu na 100. kilometrze i odpocznę. Może będzie dobrze i polecę dalej a jak nie – stówka w górach to nie obciach. Starasz się znów myśleć pozytywnie – przecież już tylko 25 kilometrów do mety – choć biegniesz albo ze strugą potu na plecach, albo w strugach deszczu.

Nie zabieram tam rozterek pozabiegowych.

Jeśli do tego wszystkiego o czym będziemy myśleć: tempo, plan, międzyczasy, jedzenie, bolące miejsca, zaczniemy prowadzić jakieś wewnętrzne egzystencjalne monologi, to już po nas. Głowa mimo że silna, zmusi nas do kapitulacji. Wracając do biegu, jest w końcu upragniony punkt na 100. kilometrze i jest na nim piwo. Myślisz: tak, to jest to, odpocznę, wypiję piwo. I tak już nie złamię wyznaczonego w planie startowym czasu, nic mnie nie goni. A Twoja głowa mówi: „nie, już tylko 20 kilometrów i to głównie w dół, lecisz dalej ziom, na mecie się napijesz”. I co? I lecisz. Zmęczony – patrząc na stan stóp, trafniej byłoby powiedzieć zmasakrowany – ale biegniesz, z minuty na minutę jesteś bliżej mety, już słychać z oddali głos spikera. Teraz już wiesz, że nic Cię nie zatrzyma.

Czas nie istnieje.

Ból nie istnieje. Chwila chwały i radości jest już tuż tuż. Wbiegasz na metę, z reguły jakby szybciej niż w średnim tempie biegu. Mimo że chciałbyś, aby ta chwila trwała w nieskończoność, ona szybko mija. Ale twoja radość, wspomnienia walki, zostają na długo. Kolejną bitwę – Ty, Twoja głowa, wygrałeś, ale to tylko bitwa, wojna trwać będzie do końca Twoich dni.

Zainspirowałem się radością Marcina Świerca na mecie CCC podczas UTMB 2017 i swoimi doświadczeniami. Marcin skakał na mecie z radości a mnie zdarzyło się dwa lata temu ronić łzy jakieś 50 metrów obok mety w Chamonix, dzwoniąc do rodziny i przekazując informację, że tym razem się nie udało i jak mi z tym źle!

 

Wielkie gratulacje Marcinie, jesteś Mistrzem!

Paweł Derlatka
Fundacja 4 Alternatywy